Grzegorz Wawrzyński
"Król jest jeden"
Ten skecz nigdy nie został wystawiony (przynajmniej nic o tym nie wiem). Napisałem go na prośbę mojej córki.
Bohater i okoliczności są przykładowe. Może to być dres, metal, hip-hopowiec, discopolowiec... nazwijmy go... Edek:).
Chodnikiem idzie gość ze słuchawkami na uszach. Dla publiczności leci to, czego on niby słucha, czyli np. techno... Zaczepia jakiegoś chłopaka. Ściąga słuchawki - muzyka sie urywa.
- Ty, Gościu, podejdź tu... Gdzie tu jakiś sklep z dobra muzą znajdę?
- Eee... Tam na rogu.. Nawet jest promocja na album z przebojami króla...
- Króla? ... Nie znam didżeja...
- Króla czyli Michaela Jacksona! (z dumą) Bo król jest tylko jeden!
- (z ironią) Tak...I królowa Doda (śmiech)... I tak nie znam didżeja... A on w kosza czasem nie grał?
Chłopak kreci głową z politowaniem i odchodzi
- Co za leszczu
Edek zakłada słuchawki na uszy. Znów słychać jego muzykę. On podryguje; siada na ławkę... wpada w trans... zamyka oczy.. i się przenosi...
Muzyka zmienia się na jakąś z lat 60-tych. On zrywa sie gwałtownie, zdejmując słuchawki niemal z przerażaniem; muzyka sie urywa. Rozgląda się nerwowo.
- E co jest, co jest.. Co się- stało-się? Ja piermandole, przespałem jakiś event... Co za fasada... Ku-źwa! Chyba kręcą film jakiś, bo okolicy nie poznaję... E, ludziska! niezłe wdzianka. E... to chyba może kogoś sławnego obczaję zaraz...
Pojawia sie Elvis Presley - musi mieć co najmniej takie wdzianko i okulary, by na pierwszy rzut oka większa część publiczności domyśliła się, kto to. Sprawia wrażenie, że pracuje nad jakimś kawałkiem. Mruczy, podryguje, markuje jakieś chwyty gitarowe. Kiedy mówi, to musi choć trochę udawać specyficzny głos Presleya . Edek go dostrzega:
- Ja piermandole! Sylvester Stallone! Ty jesteś Sylvester Stallone! Grałeś Rockiego Balboa!
- (zdziwiony)No! I'm a King! Gram rock and rolla!
- King?! Steven King?! Gościu! Ty extra horrory tworzysz!
- Król!
- Michael Jackson?
- (wkurzony) - Elvis Presley! - i nie nazywaj mojej muzyki horrorem!
- Muzyki? Kuźwa... (do siebie) Nie znam didżeja... (do niego) Co za król z Ciebie, jak Cie nie znam? Król... to... np... Sobieski! Znasz gościa?
- Nie? Jaka grał muzykę...
- Najlepszą... Niezły didżej był z niego... Pod Wiedniem podobno niezłe love parade zrobił... ale my tu gadu - gadu, a ja bym chciał wiedzieć, gdzie tu jakiego reżysera znaleźć... może by sie dla mnie jakaś rólka znalazła...
- Nie wiem... ale tam jest Marilyn... Ona nawet prezydenta zna.
Pojawia się Marilyn. Nie widać twarzy (może parasolka albo wachlarz). Staje tyłem, kołysze się, tańczy...
- Marilyn?
- Marilyn Monroe... No wiesz... Ta od podwiewu (wymowny gest)
- Aaaa... widziałem na youtube! ... e! laska!... A z tą sukienka to potrafisz tak bez wentylatora (śmiech)... siłami natury? (jeszcze większy śmiech)...
Nie reaguje
- Słuchaj laska! urodziny mam (puszcza do publiczności oko, że kłamie) Może zaśpiewasz mi tak jak swojemu preziowi?
Śpiewa, udając słynne happy birthday dla Kennedyego... ale na końcu zamiast "happy birthday mister president" ta np. "Mister Idiot!" i wtedy słychać taki krótki, diabelski śmiech.
- No, no... tylko bez takich... Kobiet nie bije - ale z liścia dać-mogę-dać... (lekko skonfundowany) ... Marilyn? Marylin, to ty?
- (słodko) Yes, I'm Marilyn... (odwraca się i krzyczy piekielnym głosem:) MANSOOOON!!!
Zaczyna lecieć jakiś kawałek Mansona. Edek dostaje prawie zawału. Przerażony zaczyna biega po scenie.
Elvis: - Marylin, te prochy cię kiedyś zabiją..
Elvis i Marylin znikają. Edek, trzymając się za serce, opada na ławkę. Oddycha nerwowo; zamyka oczy... i przenosi się... Otwiera oczy i uśmiecha się
- Ja pierdziu! Ale koszmara miałem!... (do przechodzącego obok chłopaka) E, gościu - gdzie tu jakąś muzę Kinga dostanę?
- Michaela Jacksona?
- (oburzony) O Elvisa pytam, króla! Ja ci kuźwa, dam Jacksona!
Zakasuje rękawy i ściga uciekającego chłopaka

